, ,

Wszystkie drogi prowadzą do Agaete

Mieszkając w Las Palmas jesteśmy w samym centrum wydarzeń – co ma swoje dobre i złe strony. Mnogość knajp (tych turystycznych z rozgotowaną paellą i śpiewającymi po niemiecku chłopakami z gitarą też), dostęp do rozległych piaszczystych plaż, sklepy, place zabaw. Ale to takie typowe duże miasto – zatłoczone, pełne samochodów, hałasu i betonu. Przynajmniej takie sprawia wrażenie po kilku dniach pobytu.

Gran Canaria jest na tyle małą wyspą, że wystarczy odjechać 30-40 minut i możemy znaleźć się w zupełnie innym świecie.

Za pierwszy kierunek naszej podróży w podróży obraliśmy Agaete – niewielkie portowe miasteczko. Promenada nad oceanem w jednym kierunku prowadzi do portu, gdzie podejrzeć można katamarany przygotowywane do rejsu i skąd rozciąga się widok na zielone wzgórza.

Idąc w drugą stronę dojdziemy wprost do naturalnych basenów wulkanicznych. Robią one niemałe wrażenie!

Lawowe tunele, do których niespokojny ocean nie ma wstępu, woda jest ciepła (podobno – nie udało nam się niestety wykąpać z powodu czerwonej flagi – sztormu), a czarne skały wokół wspaniale komponują się z lazurowym odcieniem wody.

Piętnaście minut pieszo od portu znajduje się stare miasto. Najciekawsza jednak jest droga prowadząca do niego. Suchy przestwór oceanu, kaktusy, meksykańskie casity, cisza i ta dojmująca niepewność – czy na pewno idę w dobrą stronę (w tym momencie google maps przerywa romantyzm chwili).

Stare miasto, a raczej miasteczko, to ziomalskie bary i stoliki usytuowane na tak stromej powierzchni, że danie z talerza przemieszcza się na jedną ze stron. 

Sucho, gorąco i tylko renifery na rondzie, choinka z bombkami i Feliz Navidad pomieszane z ćwierkaniem ptaków wywołują dziwne spięcia w mózgu ludzi ze środkowo-wschodniej Europy.

Wartym uwagi jest też El Huerto de las Flores czyli ogród botaniczny, w którym znajduje się ponad sto gatunków roślin z całego świata.

Całe to zamieszanie dzięki rodzinie De Armas, której członkowie podczas podróży po świecie przywozili do Agaete sadzonki i nasiona roślin, z których pod koniec XIX wieku zaczęli tworzyć ogród.

Mimo że jest to niewielki obszar, gęstość nasadzeń, lekki chłód i dzikość sprawiają, że to miejsce ma aurę tajemniczości i myślę, że niejeden Słowacki chętnie przysiadłby na ławeczce i wiersz pod macaronesian laurel napisał.

A jeśli tak jak ja uwielbiacie takie miejsca, będąc w Walencji  k o n i e c z n i e  odwiedźcie uniwersytecki ogród botaniczny (Jardín Botánico de la Universidad de València). Jeden z lepszych sposobów na spędzenie dnia w tym hiszpańskim mieście.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *