,

Na zawsze, na zimę, na chwilę

Od dawna mieliśmy w sobie tęsknotę do podróżniczej przygody, ale pomiędzy marzeniami życie podsuwało inne przygody i wyzwania. Remont domu, narodziny Leo, covid.

Potem wybuchła wojna, która zmieniła bardzo dużo w postrzeganiu świata, czasu, życia. Jeszcze bardziej zapragnęliśmy iść za tym, co było w nas.

Droga do wyboru miejsca wyjazdu była kręta, bo nie wiedzieliśmy, czy wyjechać na zawsze, na zimę, na chwilę…

Decyzja o tej podróży dojrzewała w nas od kilku lat. Z założenia miała być przeprowadzką, lecz mimo mnogości lądów i oceanów, decyzja o jednym, jedynym miejscu do życia wcale nie jest taka prosta!

Pewnej nocy stanęliśmy przed mapą (no dobra, otworzyliśmy na laptopiku google maps) z całym światem i zaczęliśmy rozmawiać o tym, gdzie moglibyśmy się przenieść.

Nie na kilka miesięcy, na wakacje, tylko tak na stałe.

Polecam Wam to zrobić – okazuje się, że świat staje się nagle mały, maleńki, a Wasze miasto najlepszym miejscem do życia (w naszym wypadku to Gdańsk, więc wiadomo o czym mówię).

Ale do rzeczy, stoimy przed tą mapą i mówimy o priorytetach. Pierwszy z nich to bliskość rodziny i przyjaciół. Ciach Ameryka. Ciach Australia. Ciach Afryka. I tak dalej. Została maleńka Europa. Co dalej. Dobry klimat, bliskość morza, język, który chcielibyśmy poznać.

Kiedy po wielu dyskusjach i rozważaniach (proszę je liczyć w miesiącach)  wybraliśmy idealne dla nas miejsce do życia na najbliższe kilka lat, postanowiliśmy tam pojechać.

Walencja. Piękne miasto, bardzo zielone, przemyślane, z piękną architekturą, morzem, zachwycającym parkiem (pozostałością po rzece Turia) ciągnącym się przez ok. 10 km w środku miasta, bezpieczne, superprzyjazne dzieciom.

Jednak nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, mimo, że rozsądek podpowiadał co innego.

Zostaliśmy więc z Walencją w zawieszeniu i postanowiliśmy zacząć od mniej radykalnych kroków, czyli podróży.

Kryteria? Ciepło i język hiszpański.

Ameryka Południowa! Po kilku przymiarkach i rozeznaniu (proszę je liczyć w tygodniach) uznaliśmy, że nie starczy nam odwagi wybrać się tam na kilka miesięcy z małymi dziećmi z podstawową (jeszcze!) znajomością języka.

Wtedy kilka osób (pozdrawiam wszystkich cierpliwych przyjaciół, którzy podróżowali wtedy z nami palcem po mapie i nadążali za zmianami planów…) podpowiedziało nam Wyspy Kanaryjskie. 

Ciepło, stosunkowo blisko, język hiszpański… 

Nigdy wcześniej tam nie byłam, ale moje wyobrażenie Kanarów było takie: plażing, wieczne wakacje i nuda. No nie, bessęsu. Chcieliśmy doświadczeń, wyzwań, a nie!

Na szczęście udało mi się sprawdzić jak jest naprawdę i… o jeny, jak bardzo się myliłam.

Takiej różnorodności fauny, flory, zmian klimatu na przestrzeni parudziesięciu kilometrów, oceanu, gór, zapachów w jednym miejscu nie doświadczyłam nigdzie wcześniej.

Mając małe dziecko (używam tu liczby pojedynczej, bo prawie 8-letni Antoni to wytrawny podróżnik) nie jesteśmy zobaczyć wszystkiego i wszędzie dotrzeć. Na Wyspach również.

Możemy jednak, zamiast na szczyt góry, powędrować szlakami u ich podnóży. I na ten czas wystarczy. Magdalena Coelho.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *