Las Palmas. Sama nazwa tego miasta brzmi jak legenda.


Mieszkaliśmy w fajnym miejscu, przy samej plaży Las Canteras, niedaleko pięknego parku znajdującego się obok Castillo de la luz.




W sezonie na pewno gwarno i turystycznie. Styczeń pozwolił nam cieszyć się przestrzenią plaży (no pewnie, bo kto by się kąpał w zimnym oceanie, tylko dzieci północy!)


Do starego miasta mieliśmy 8 km, byliśmy tam dwa razy. Zobaczyliśmy najważniejsze zabytki, ale przede wszystkim obskoczyliśmy wszystkie place zabaw i parki (Park Doramas!) w okolicy.





Najwięcej zdjęć mam więc z obrzeży Las Palmas…




Nie mam też poczucia, że poznałam to miasto. Doświadczyłam na pewno jakiegoś rytmu, atmosfery, ale nie miałam możliwości się w nim zgubić, zanurzyć. To jednak jest punkt zaczepienia do wpisu o podróżowaniu z dziećmi a podróżowaniu samemu – podobieństwa i różnice. Różnice. Hehe.


Las Palmas nie jest jednak dla mnie miastem, które zostawia po sobie jakiś ślad, znak wodny, coś charakterystycznego, co zostaje na dłużej. Tatuaż z podróży.
Na pewno jest wyjątkowe pod innymi względami. To pierwszy przystanek naszej podróży, pierwsze spotkanie z oceanem, pierwsze urodziny latem. Piękne zachody słońca. Nowe doświadczenia i rozumienia zaczęły się tutaj. I tak będę pamiętać to miejsce.




Dodaj komentarz