Żółte odbicia na wodzie, skórze, na piasku. Słońce za ekranem ciepłej mgły.

To nie magiczne sztuczki w photoshopie, to kalima.


Pył i piasek z burz piaskowych znad Sahary przenoszony przez wiatr na Wyspy Kanaryjskie przypominający mgłę lub, jak kto woli, niebo z “Melancholii” Larsa von Triera.

Tego zjawiska, choć w niewielkim natężeniu, doświadczamy od dwóch dni na Teneryfie.
Jest gorąco, dziwnie cicho, nie widać słońca, choć dotkliwie je czuć.



Najbardziej oberwało się najbliższym afrykańskiemu lądowi wyspom – Fuertaventurze i Lanzarote. Tam przestrzeń można porównywać do futurystycznych i bardziej apokaliptycznych filmów, ale takich nie lubię, więc nie będę się silić na porównania. Zostańmy przy Melancholii.
I melancholii, jaką wywołują te kolory. Bo jest w nich coś niepokojącego i fascynującego zarazem.

Wybrałam się z Antosiem i Leo nad ocean. Nie biorę przeważnie wtedy aparatu, bo wiadomo, plażka, to popijam drineczki z kokosa pod palemką i się opalam, bo przecież nie że pilnuję jak szalona szalonych dzieci i dlatego nie noszę dodatkowych kilogramów ze sobą.
Jednak tym razem wzięłam, bo nie ma dwóch tych samych kalim i takie tam…


Ocean też był tego dnia dziwny, niezdecydowany, bardziej niebezpieczny. Nie wiem, może nie ma to związku z afrykańskim pyłem, ale ewidentnie jakiś scenariusz do jakiegoś filmu mógłby tu powstać.






Dodaj komentarz