Marzec. Nie mogę uwierzyć, że trwał tylko miesiąc. Wszystko mi się miesza.
Może tak ma być, w końcu w marcu jak w garncu. He he.
Urywki, przebłyski, wirujący taniec.
Na początku miesiąca otoczeni górami wpatrywaliśmy się w prywatne gwiazdozbiory, by z ciszy, w kilkadziesiąt minut drogi promem znaleźć się w gwarnym miasteczku na wschodzie Teneryfy.
Drogi tam z resztą za bardzo nie pamiętam, niepamięci posłużył aviomarin.
Miasto, ludzie, muzyka, tętno. I czas planować, bo za dwa dni lot do Lizbony, z której po tygodniu autobus na północ, do Porto. By po kolejnym tygodniu diety pastéis de nata i fado, po 23 godzinach podróży, wylądować w lazurowych wodach Fuerteventury.
Było warto! Zarówno przemierzyć tę drogę jak i znaleźć się na przedostatniej zaplanowanej wyspie. Ale o tym następnym razem.
Proszę Państwa, Lizbona.

W Lizbonie każdego dnia słońce świeciło mocniej – dosłownie i w przenośni.
Lizbona jest wielowarstwowa, niedostępna, pokryta pancerzem, niełatwo się do niej dostać.
Wiedziałam, że mamy tylko chwilę, aby się polubić.


Okoliczności początkowo nam nie sprzyjały, ale miałam nadzieję, że nasze artystyczne dusze gdzieś się spotkają i nawiąże się między nami porozumienie. I tak też się stało. Ale co można powiedzieć po tygodniu? Pozostał niedosyt, a to znaczy dość sporo.




Mam w pamięci słońce, wąskie ulice, szerokie spojrzenia, rękodzieła, smutek i nostalgię. Trudno jest być obiektywnym wobec Portugalii i Portugalczyków po pobycie w Hiszpanii i wśród Hiszpanów. Ich naturalna serdeczność, gościnność, żywiołowość, poczucie estetyki, dbałość o wspólną przestrzeń jest trudna do powtórzenia. Portugalczycy są bardziej wsobni.


Co najbardziej urzekło mnie w stolicy Portugalii? Różnorodność (w) przestrzeni! To miasto jest niejednolite, co w tym przypadku jest jego plusem. Gdybym miała zatrzymać się tam na dłużej na pewno doceniłabym możliwość odnalezienia różnych pierwiastków i zaspokojenia wielu potrzeb, połączenia ducha historii i świeżości młodych dzielnic miasta.




Co mnie zaskoczyło? Tu znów mogę nie być obiektywna rozpieszczona pobytem w Hiszpanii – jednak stawiam na zbyt małą ilość zieleni. Zabetonowane parki, place pozbawione trawników, mało drzew. Szkoda.




Paradoksalnie jednak dwie najlepsze migawki jakie mam w głowie po pobycie w Lizbonie to właśnie te związane z zielenią. Najpierw dzielnica Belém – i od razu XVI-wieczny gotycko-renesansowy niemożliwy do przeoczenia Klasztor Hieronimitów (port. Mosteiro dos Jerónimos), parę kroków dalej miejsce, do którego faktycznie przyjeżdżają pielgrzymki – najsłynniejsza cukiernia Pastéis de Belém, w której można kupić coś, co sprawiło, że moje bikinibody, wypracowane dzięki wędrówkom po Wyspach Kanaryjskich, przestało być bikini. Ale nie żałuję ani kęsa (z tych wszystkich 156 kęsów w ciągu dwóch tygodni)! Pastéis de Nata – bo o nim mowa – nie został przez nas kupiony w tym legendarnym miejscu, bo trochę szkoda było nam czasu na stanie w kilometrowej (dosłownie!) kolejce.
Weszliśmy do cukierni po drugiej stronie ulicy, gdzie sprzedają te same ciacha, domówiliśmy kawę i udaliśmy się do pobliskiego Parku Afonso de Albuquerque z trawą, w sensie trawnikiem, i oddawaliśmy się rozkoszom płynącym ze sklepienia jamy ustnej (ciastka) i niebieskiego (słońce).
Do zobaczenia, Lizbono.










Na koniec jeszcze zdjęcia z telefonu. Kompilacja bałaganu, która powinna tu być.








Skomentuj Magdalena Anuluj pisanie odpowiedzi