Jak wygląda kraniec świata, jak go sobie wyobrażacie? Czy to zwykła zapomniana skalista wysepka w oceanie? A może konkretny punkt w siatce współrzędnych?


Do tego tytułu pretendowała podobno kiedyś jedna z wysp kanaryjskich – El Hierro. Skoro tak, to może La Gomera to przedkoniec świata?

Najbardziej zielone miejsce całego archipelagu Wysp Kanaryjskich. Najbardziej kręte drogi. Najmniej turystyczne miejsce. Najłagodniejszy klimat. Jaka jeszcze jest według nas La Gomera?


Byliśmy tam jeszcze przed tygodniem, ale w międzyczasie zdążyliśmy wrócić na parę dni na Teneryfę i przylecieć do Portugalii, w której teraz się znajdujemy.
Tydzień, a tyle zdążyło się wydarzyć.
W codziennym życiu rutyna potrafi nieźle skurczyć czas.
Błogosławieństwem podróży jest zyskiwanie na czasie. Może jest to związane z większą uważnością i celebracją momentów? Albo to kwestia nowych doświadczeń?
Pewnie jedno i drugie. I jeszcze kilka trzecich.


Wróćmy jednak z tych rozważań na La Gomerę. Po intensywności Las Palmas i wędrówek po Teneryfie zapragnęliśmy odmiany – czegoś zupełnie nowego. I tak trafiliśmy (płynąc promem, z którego zupełnie przypadkowo udało nam się dojrzeć rodzinę delfinów!) do Alojery, maleńkiej wioski na zachodzie wyspy, do której dojazd uruchomił w ¾ z nas chorobę lokomocyjną. Nasza chatka – tradycyjna kanaryjska casitka – zbudowana z kamienia, który w ciągu dnia kumulował ciepło, oddając je dopiero wieczorem. Genialne.




Wysokie, drewniany stropy, weranda, tajemniczy ogród pełen owocowych nasadzeń i bezkres gór z najlepszymi spektaklami zachodzącego słońca ever! I ta cisza, cisza jak ta.



Nasze dni to był film realizmu magicznego. Nasze dni to było picie świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego z chwilę wcześniej zebranych owoców z drzew, to awokado do każdego posiłku, to samorobne wino od gospodarza i niedojrzałe banany ścięte z bananowca, którego suche liście służyły nam za rozpałkę do grilla.



To słońce wplatające się we włosy i kwitnące kwiaty pomarańczy. To największe niebo pełne widocznych gwiazdozbiorów. To mieszkańcy mówiący tylko po hiszpańsku (a raczej gomeryjsku), z którymi można było zamienić kilka słów i wymienić się paroma gestami. To kocie gromady wygrzewające się na słońcu i jaszczurki mylące drogę do swojego domu i co dzień odwiedzające nasz.

Lasy laurowe pachnące tak świeżo, cytrusowo, zielone światło przebijające się przez kopuły koron drzew, wędrujące chmury, pionowe ściany lasu i przejrzysty widok na wulkan El Teide.





Bose stopy, brudne buzie i bóle głowy od dusznego zapachu jaśminu. A może kwiatów pomarańczy. Albo nadmiaru wrażeń i zachwytów codziennością.


To był zdecydowanie najbardziej sensualny tydzień w czasie naszej dotychczasowej podróży.










Skomentuj Basia Anuluj pisanie odpowiedzi