,

W smutnym kolorze blue. Porto

Z każdym kilometrem ubywało słońca, na horyzoncie żelazny most, po którym pędził pociąg. Przed nami most z mgły, po którym przejechaliśmy, aby dostać się z Vila Nova de Gaia do centrum Porto.

Kamienica, czterometrowe sufity, sztukateria na suficie, drewniane okna. 

Pierwszy spacer po mieście. W końcu ojczysta pogoda! Zimno i deszcz. A nie tam, słońce na koniec marca!

Kiedyś na jakimś blogu przeczytałam zdanie: Nigdy nie zmarzłam tak jak wiosną w Portugalii.

Swoją drogą ta osoba chyba nie spędziła wiosny w Gdańsku. Przypomniałam sobie o tym poście idąc w mżawce brzegiem rzeki Duero. Chociaż akurat w tym momencie była to dla mnie atrakcja, jak dla Australijczyka śnieg w styczniu. Przyjechałam w końcu z gorącej Afryki i ten deszcz był niczym suwenir – magnesik, kubek, breloczek… Poza tym komu i czemu nie do twarzy z naturalną blendą chmur? Porto wygląda tajemniczo i pociągająco.

Porto jest trochę turpistyczne, nienachalne, zagadkowe, choć bardziej otwarte niż Lizbona. Cieplejsze. Idziemy w stronę mostu Ponte Dom Luís I, którego górna część jest przeznaczona dla pieszych (po obu stronach) i dla linii portugalskiego metra (po środku). Z góry widać kawiarnie i restauracje przy rzece, z drugiej strony, zawalone domy, porośnięte opuszczone budynki. Robi to na mnie duże wrażenie, jestem ciekawa, co będzie dalej.

Kolejne dni upłynęły nam na wielokilometrowych spacerach. Poszperaliśmy w różnych szufladkach tego miasta. Pięknie było w dzielnicy Ribieira, idąc bulwarem pomiędzy rzeką a knajpkami, cudownie było podotykać wspaniałych azulejos na ścianach budynków. 

Trafiliśmy też na ulicę Pokątną! Ona naprawdę istnieje! I znaleźliśmy sklep z miotłami, kurczę, wiecie, Nimbus 2000. I nie, nie była to żadna atrakcja turystyczna, tylko starszy pan sprzedający miotły do sprzątania albo latania, jak kto woli.

Drogę do Lello Library, czyli słynnej księgarni, która zainpirowała J.K. Rowling podczas pisania Harrego Pottera, kiedy ta mieszkała w Porto, odnajdziecie bez trudu. Uliczni muzycy i kolejka na godzinę stania… Nie tym razem.

 Capela das Almas, znów kościół, a raczej jego imponująca fasada. Azulejos można podziwiać godzinami.

Skwer z rękodziełem przy Igreja de Santo Ildefonso, kościele ozdobionym genialną mozaiką.

Pomiędzy tym wszystkim  dopadł nas też kryzys podróży. Znaleźliśmy się równo po środku naszego wyjazdu. W dodatku uzmysłowiliśmy sobie, że miasta nas męczą, że to nie dla nas. Zachwyty i porywy serca zostawiliśmy gdzie indziej. 

Miasto jest dobre na weekend. Gwar i lampka wina w knajpce przy ruchliwej ulicy. Muzeum zwiedzone w spokoju. We dwoje…

 Na pewno była to też kwestia Portugalii z dziećmi. Nieustanna czujność, uważność, napięcie. Metro, ulica, turyści. I beton. Wyrwaliśmy się na jeden dzień na łono natury, do Vila Nova de Gaia i jej parku biologicznego. Klekotanie bocianów i las. Wróciliśmy do siebie.

Co nam się udało zobaczyć? Co nas zachwyciło?

Ja spełniłam swoje małe muzyczne marzenie i byłam na koncercie Fado, po którym wybrałam się na samotny wieczorny spacer. S a m o t n y – wspomniałam już o tym? 😉

Przejechaliśmy się 100-letnim tramwajem nad otwarty ocean. 

Udało nam się dołożyć kolejne kilogramy, bo zupełnie przypadkiem okazało się, że mieszkamy nad wspaniałą cukiernią, w której codziennie sprzedają świeżutkie… no co? A no tak, pasteis de nata…

Ostatnia środa na kontynencie. Przed nami wyzwanie. 9 godzinna nocna jazda autokarem. 

Madryt. 6 godzin oczekiwania na lotnisku. Godzinne opóźnienie. Siódma godzina. Trzy godziny lotu. 1,5 godziny jazdy autem z lotniska. I wiecie co? Nie było wcale tak strasznie. Do wszystkiego da się przyzwyczaić, zaadaptować. Dzieciaki zachowywały się tak jakby urodziły się w drodze. Wszystko było dla nich tak naturalne… 

Dotarliśmy na południe Fuerteventury. Przywitali nas Enrique i kalima. Upał i piasek. Zapach oceanu, sól na ustach. Znowu. Cudownie.

O tym w następnym odcinku.

2 odpowiedzi do „W smutnym kolorze blue. Porto”

  1. Awatar Matka matczyna
    Matka matczyna

    Kocham Cię❤️😄

    1. Awatar Magdalena

      Czyli naprawdę chcesz, żebym upiekła te ciasteczka? 😀

Skomentuj Matka matczyna Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *